poniedziałek, 16 marca 2015

PZL P.24 - aktualizacja po kilku miesiącach

Dziwne... polski zegarek, a po kilku miesiącach dalej działa hmmm
Do tego działa dokładnie. Ustatkował się na poziomie około... 0 sekund na dzień, czasem noszony, czasem nie. Teraz ostatnio nie zatrzymałem go przez osiem dni bez przerwy, co przy noszeniu różnych zegarków w różne dni nie jest wcale takie oczywiste (rotomatu nie mam). Po założeniu "pattiniego" nie moczę go niepotrzebnie, ale też i nie ściągam do zmywania czy mycia rąk. Szum "silnika" ST-25 coraz bardziej mi odpowiada. Czasem nawet specjalnie go sobie rozhuśtam przy uchu, żeby posłuchać jałowego biegu i "pstrykania" przy hamowaniu.
Nie wiem, co jeszcze mogę dodać - wszystko jest ok. Do rozmiaru się przyzwyczaiłem. Szkoda mi go trochę "ciorać" na co dzień, bo fajny jest. Do cięższych prac wolę założyć Mako bądź DW-5600. Albo jakiegoś poliocika... Chociaż tych starych radzieckich wynalazków też mi szkoda.
Po prostu - szczerze polecam.
Dopiszę coś za jakiś czas. Na razię dodaję nowe zdjęcia:



 Fot.: adventure.host22.com

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Adventure's Wostok Amfibia

Lubię zegarki nurkowe. Mają w sobie smak dawnych, mniej skomputeryzowanych czasów. Smak... Przygody. Zwykle wielkie, ciężkie, niewygodne, drogie, ale również o ponadczasowym wyglądzie i dużej wytrzymałości, potrafią zaskoczyć ciekawymi kolorami tarczy czy pięknie wykończonymi kopertami. Taki też jest bohater niniejszego opisu.

 


Amfibia "Beczka", bo o niej mowa, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych zegarków nurkowych na świecie. Jak na czas produkowania ma dużą, stalową kopertę (41x48mm) z również dużą, wygodną koronką, grube szkło z plexi oraz zakręcany pierścieniem, również stalowy dekiel, a wszystko to zestrojone tak, aby gwarantowało wodoszczelność statyczną na poziomie 200 metrów. Całość ozdobiona jest mosiężnym chromowanym bezelem, obracającym się w obie strony, bezklikowym, ale wygodnym w użyciu. Może nie tak wygodnym gdy chce się obsługiwać go w rękawicach, ale jednak mimo wszystko przydatnym, o czym napiszę też trochę później.

 

Tarcza w moim egzemplarzu jest granatowa, z dużymi nakładanymi indeksami i lumą nakładaną powyżej tych indeksów i na standardowych, klasycznych amfibiowych wskazówkach. Luma świeci symbolicznie, a porównując do diverów japońskich można stwierdzić, że w ogóle nie świeci. Ten zegarek ma już swoje lata, więc ma też swoje prawa. Ogólnie tarcza jest bardzo czytelna - jeden rzut oka i już wiemy która godzina. Z drugiej strony ciężko z tym "jednym rzutem oka", bo przyciąga wzrok i lubię sobie na niego popatrzeć przez dłuższą chwilę. No i świetne nadaje się do dżinsów i koszuli, czy koszulek z krótkim rękawem. Taki wesoły wakacyjny cykacz.

 

Silnik - oczywiście stary zagraniczny osiemnastokamieniowy 2209. Nie ma daty (dla mnie to w tych Amfibiach akurat zaleta), cyka wolniutko, równiutko i głośno jak Ursus. O wiele głośniej w porównaniu do "bratowej" noworuskiej amfibii "w automacie" 2416. W kuluarach mówią, że to lepsza jednostka napędowa niż jego następca z serii 24xx, ale ja się tam na tym nie znam. A jednak kraju produkcji już nie ma od wielu wielu lat, a mechanizm pracuje nadal i dobrze trzyma czas. Znaczy się mogą ludzie prawdę gadać.

Wspominałem już, że amfibia to zegarek nurkowy, zaprojektowany do tego, aby mógł służyć "na lądzie i na morzu ", jak to fajnie mamy opisane w temacie o tym samym tytule. Ostatnio słyszy się głosy, że zegarki nurkowe to przeszłość, że nikt ich nie używa, bo przecież są komputery nurkowe i tak dalej. Ja tutaj polemizowalbym nieco, gdyż po pierwsze cena komputera nurkowego to około 1000 złotych, a po drugie to podczas nurkowania amatorskiego do 30-40 metrów co ma mi niby ten komputer wyliczyć? Pięciominutową dekompresję na głębokości pięciu metrów? Tutaj wystarczy wodoszczelny zegarek z bezelem, który ustawiony kropką na wskazówce minutowej pokaże nam czytelnie "ustawową" godzinę nurkowania, a jak wskazówka dojdzie do cyfry "40" to znak, że mamy powoli się zbierać do wynurzenia.
I tutaj swoją siłę pokazuje bezel Amfibii, a szczególnie ten nowy, nielubiany i za wszelką cenę zmieniany na inny, ładniejszy. Otóż bezel amfibii noworuskiej ma ostatnie 20 minut (a nie pierwsze, jak w japońskich diverach) pokolorowane na czerwono, jakby specjalnie dla celów amatorskiego nurkowania. Proste: wskazówka wchodzi na czerwone - zmykamy z wody. No warto byłoby oczywiście mieć ze sobą do tego jakiś prosty głębokościomierz, ale to i tak będzie taniej niż specjalistyczny komputer, którego użyjemy kilka razy w roku, po czym wrzucimy do szuflady na dłuższy czas.
Ufff... Ale się nagadałem na temat nurkowania, jakbym się na tym znał...


 

Są oczywiście również inne zastosowania bezela, chociażby jako stoper w gotowaniu jajek, ale to taka oczywista oczywistość, że nie ma co tego opisywać. Ja używam go głównie do ustawiania drugiej strefy czasowej, gdy muszę się wdzwonić na konkretną godzinę do dalekich "obcych krajów" :-)

 

Podsumowując - bardzo fajny zegarek z tego "ruskiego złomu".

Aha. Myślałem dość długo nad nową beczką, ale jakoś nie mogę się przekonać do tych błyszczących czy "orzechowanych" kopert. Może jakbym pomacał, ponosił, to przekonałbym się. Ale jakoś nie ma okazji.


 


Fot.: adventure.host22.com

Adventure's Wostok 2409A

A taką maszynkę dzisiaj Wam przedstawię.

Tata nosił go wiele lat jako EDC, nie oszczędzając ani w pracy, ani w domu. Był bardzo zabrudzony, a szkiełko strasznie porysowane, ale mechanizm nadal czyściutki i dokładny. Uszczelki pod deklem i w koronce jak nowe. Wystarczyło umyć, szkiełko wypolerować, założyć nowy pasek i efekt jak na zdjęciach poniżej.
W środku tyka sobie Wostok 2409A, czyli taki sam jak w Amfibiach i Komandirach. To znaczy chyba ten sam - jakbym się mylił, to mnie poprawcie.
Niestety tym razem nie zrobiłem zdjęć przed operacją, a te co są z powodu braku sprzętu robione Polopiryną S, więc przepraszam za jakość


Adventure's Poljot 23 Jevels Automatic

Kiedyś dawno temu na święta Bożego Narodzenia zobaczyłem u wujka na ręce zegarek. Był piękny, z błyszczącymi wskazówkami, białą tarczą, datownikiem, a do tego był automatyczny. Mnie jako przedstawiciela ówczesnej szkoły podstawowej zafascynował i zapragnąłem takiego mieć. Ba! stał się on moją obsesją!
Co najmniej raz w tygodniu po szkole biegłem do wieluńskiego Jubilera i oglądałem go przez szybkę za ladą, doprowadzając tym do szału Pana Sprzedawcę, który wykazywał się jednak wielką cierpliwością i pytał czasem życzliwie, czy już uzbierałem odpowiednią kwotę, czym z kolei on mnie doprowadzał do szału. Ale również i mobilizował. A ja odkładałem każdą złotówkę, aby kupić mój wymarzony... My Presssssioooooousssssss...

I w końcu z pomocą rodziców, wujków i dziadków uzbierałem. Pobiegłem szybko do sklepu i wróciłem z nowym nabytkiem i uśmiechem dookoła głowy. Zegarek był wielki, zdecydowanie za wielki na moją chłopięcą wtedy rękę, ciężki jak diabli, ale był piękny. A dla mnie najpiękniejszy na świecie.

Nie dbałem o niego za bardzo. Był moim EDC pełną gębą. Biegałem w nim, grałem w piłkę, biłem się z chłopakami, pomagałem w pracach domowych i ogrodowych, więc lądował u zegarmistrza wiele razy. A tu wskazówka spadła, a tu się tarcza obluzowała, tu automat zepsuł, tu szybka pękła... W końcu uległem magii Montany z osiemnastoma melodyjkami i Poljot zniknął gdzieś w czeluściach domowych zakamarków. Potem zainteresowałem się zegarkami ponownie i zacząłem za nim tęsknić, ale znaleźć nie mogłem. Legendy domowe głosiły nawet, że wylądował na śmietniku, albo u zegarmistrza na części. Aż tu nagle...

Brat szukając czegoś wśród domowych staroci znalazł pudełko po słodyczach, a w nim był on! Wysłał mi szybko mms-a, a ja już na drugi dzień już go miałem w swoich rękach. Tak jak się spodziewałem, był zmęczony życiem:


No ale cóż. Dziś sobota, a więc po basenie zafundowałem zegareczkowi delikatne SPA, czyli czyszczenie koperty i polerowanie szkiełka. A przy okazji zobaczyłem, że maszynista to 2616.2h, czyli powinien jeszcze pochodzić, bo dwadzieścia kilka lat na ten automat to nic
Zdjęcia ze SPA:



I efekt końcowy. Nie zmieniłem jeszcze śmiechozaura, ale nic innego dziś pod ręką nie miałem. No i nie mam pojęcia w co go ubrać

Adventure's PZL P.24 by Gerlach

Trochę luźnych myśli na temat PZL P.24. Jak zbiorę więcej i troszkę "poużywam" zegarek, to udziergam jakąś recenzję. Póki co recenzja po kilku dniach, to nie jest dobry pomysł, byłaby to raczej reklamówka poglądowa produktu.
Ale do rzeczy:



Pierwszy dzień:

Na szybko powiem tak: jest dobrze. Nie zwykłem wydawać tyle kasy (a cena jest duża jak na mnie), za zegarek, który mi się nie podoba. Tutaj zdjęcia robiły już niezłą pracę, a na żywo jest jeszcze lepiej. Ten zegarek nie krzyczy dookoła: patrzcie na mnie, to ja, zegarek, itp. On jest po prostu zegarkiem do codziennego używania. Może trochę za gruby pod ciasny mankiet, ale ja garniturów nie noszę, więc dla mnie OK. Tak jak napisałem w "nowych nabytkach": taki polski panuraj...
A... Ten silnik wcale nie jest taki głośny. Orienty u mnie bardziej hałasują.
A...Dwa: pasek może i fajny, ale sztywny jak dwutygodniowa onuca. Wskoczy na "Pattiniego" chyba. Jeszcze tylko nie wiem jakiego.



Trzeci dzień:
 

1. Rzeczony wyżej pasek, na który kręciłem nosem i od "wyrobów paskopodobnych" wyzywałem, ułożył się całkiem znośnie i rzeczywiście jest wygodny. Zastanawiam się, czy potrzebnie zamówiłem "Pattiniego", no ale porównam, zobaczę, będę miał na zmianę.

2. Koronka zakręca się dość ciężko i trzeba uważać, żeby nie zepsuć gwintu. Mam nadzieję, że nie uda mi się spierniczyć tego mechanizmu. W każdym razie trzeba uważać. W Mako działa to ździebko fajniej, w Amfibii to w ogóle jest kosmos niedościgniony jak dla mnie. Beczkę jestem w stanie nie odrywając palców odkręcić, nakręcić i zakręcić. A często to robię, bo to mój ulubiony "podomowy" zegarek, uleżały na łapie jak ulubione stare ciapcie

3. Świeci pięknie, ale słabiej niż Orient Mako. Dużo lepiej niż Orient Crystal, wskazówkowe budżetowe Kaziki, że nie wspomnę o "ruskach". Podsumowując - nie mam się czego uczepić.

4. Mechanizm, tak jak mówiłem wcześniej, chodzi cicho w porównaniu do orientowskiego UAZa 469B. Jestem w ogóle mile zaskoczony kulturą pracy, począwszy od nakręcania (tu porównuję do rusków), poprzez pracę wahadełka, aż do miłego dla ucha "cykania" i miłej dla oka pracy sekundnika. Dokładność jak na razie średnia: +10 sekund na dobę. Póki co moje ruski i Mako są dokładniejsze. Inne Orienty już tak sobie. Ale dajmy mu popracować , może się jeszcze ustatkuje.

Przy okazji pytanie: są jakieś różnice w chodzie w zależności od położenia zegarka? Orienty zwalniają leżąc koronką do góry, Amfibii 2209 i Poljotowi 2616 to lotto, a co z ST-25?

5. Póki co jest na "parciaku", więc zaliczył już pierwsze pływanie. Nie, nie bałem się. To nie jest chiński zegarek, jak co niektórzy mówią, tylko polski. Jest szczelny. Na saunę zabiorę go w przyszłym tygodniu. A do kina jak będzie grzeczny, też pójdzie. I do zoo

Z wyglądu podoba mi się bardzo, w fabryce też przyciąga oko. Do tego jest czytelny do bólu i wygodny, więc póki co zostanie moim EDC.

Dzień piąty:

Do kina go nie zabrałem, ale do teatru - owszem. Przedstawienie było ciekawe, oklaski długie i rzęsiste, no i... Niespodzianka: zegarek przyspieszył w trakcie oklasków o kilka sekund. Mówię - przypadek. Ale że ten przypadek mnie trochę powiedzmy, że zaciekawił, a zegarek jest moim EDC, to poużywałem go troszkę mocniej w domu przy pracach bardziej absorbujących ruchy ręki (nie, nie, gwoździ w nim nie wbijałem, tym bardziej że nie jestem leworęczny, ani drewna też nie rąbałem). No i nie wiem teraz, czy to przypadłość wszystkich automatów, czy tylko mój egzemplarz, ale zegarek podczas wstrząsów przyspiesza. Niewiele, bo kilka sekund, ale jednak. Może się producent wypowie na ten temat, bo nie wiem w zasadzie, czy mam się bać, czy przejść nad tym do porządku dziennego...

Dzień dwunasty:




Odpuszczę sobie z dalszym opisywaniem, niech trochę czasu w spokoju pochodzi. Na razie cały czas na nadgarstku, z wyjątkiem trzech dni, kiedy to miałem "fazę na nura". Jak widać na zdjęciu - PZL-ka trafiła na czarne Pattini i powiem szczerze, że jeżeli ktoś stwierdzi, że IWC Mark XVII na wystawie w Galerii Łódzkiej prezentuje się lepiej, to wyzwę go na walkę konno lub pieszo, broń wybrana przez któreś z państw bliskiego wschodu

W skrócie - ładna bestia. Mechanizm się niewątpliwie dociera. Od kilku dni chodzi jakby miał certyfikat szwajcarskich uczonych. Mam nadzieję, że mu tak zostanie na dłużej.

Casio DW-5600, czyli wybierającego dylematy



Stanowczo raczej nigdy nie kupuję pod wpływem impulsu...

Chodził za mną od dawna. W różnych kształtach, pozach, wersjach, ze stalową kopertą z zakręcanym deklem, z radiem, baterią słoneczną, bransoletą, paskiem nato… No chodził i nie chciał się odczepić.
Swoją kolekcję dobieram starannie. Zwykle, gdy mam chęć na nowy zegarek, to najpierw czytam w sieci wszystko co jest dostępne: recenzje, opinie innych, zdjęcia jak prezentuje się na nadgarstku, a potem zostawiam to wszystko na kilka tygodni i nie zajmuję się tym wcale. To u mnie działa i pozwala zachować resztki zdrowego rozsądku w zegarkowej chorobie, no i trochę grosza w kieszeni na pozostałe hobby. Ale jeżeli temat powraca do mnie po tym czasie jak bumerang - to znak, że coś się jednak dzieje

Tak było i tym razem. Recenzje znalezione w sieci oraz setki pozytywnych opinii na stronie największej internetowej księgarni na świecie przekonały mnie, że muszę kupić G z serii 5! No muszę i już!
Kiedy decyzja już zapadła, przyszedł czas na analizę modelu. I znowu: przeglądanie, czytanie, analizowanie różnic, wyszukiwanie najniższych cen. Gdy po wstępnych przemyśleniach odrzuciłem modele używane, na placu boju pozostały trzy: GW-5000, GW-M5610 oraz DW5600 - bohater niniejszej recenzji.
GW-5000 jest świetny. Stalowa koperta robi niesamowite wrażenie. Przejrzysty, nie zaśmiecony zbyt wieloma napisami ekran, synchronizacja radiowa i bateria słoneczna i to wszystko już tylko niespełna… 300 dolarów?! Za G-Shocka?! Zegarek z założenia miał być moim EDC i zastąpić w codziennym życiu niezwykle wygodnego, ale bardzo szybko dochodzącego do tej nieuchwytnej granicy pomiędzy zegarkiem używanym a “zdziadziałym” Orienta Mako. Ale zakładając na codzień zegarek za 300 dolców skupiałbym się na nim za bardzo. A w EDC chodzi o to, żeby o zegarku po prostu zapomnieć. Zostały więc dwa.
Kolejny miesiąc rozmyślałem o GW-M5610. Tylko 100 dolarów, a w środku zaawansowana technologia:synchronizacja radiowa i bateria słoneczna. Z drugiej strony zaśmiecona tarcza z czerwonym paskiem, który pasuje może do wakacyjnych ubiorów, ale czterdziestoletniemu facetowi na co dzień i do biura już nie bardzo. No i jednak znowu cena: 60 dolarów za to, że zegarek będzie się sam co noc synchronizował, to trochę dużo. Za tą kwotę jestem w stanie do comiesięcznego googlowego przypomnienia o spłacie karty kredytowej i archiwizacji dysku dołożyć jeszcze jedno o synchronizacji zegarka. W ten sposób sprawa radia została w moim umyśle rozwiązana. Pozostała sprawa baterii słonecznej.
Przynam, że trochę korciło mnie, żeby ściągnąć z Japonii wersję G-5600. Ale znowu: opinie użytkowników, a raczej ich niezadowolenie z cicho działających alarmów, oraz oczywiście cena przekonały mnie żeby zakupić najprostszą wersję za 40 dolarów. A co mi tam - myślałem. - Najwyżej sprzedam i kupię coś innego. W końcu to nadal Casio, a nie jego marnie wykonana podróbka.

Jak pomyślałem, tak zrobiłem, a że zbiżał się czas świąt, to napisałem list do Św. Mikołaja, nakleiłem znaczek do Lapo… USA i chodu do skrzynki. Teraz trzeba bylo tylko mieć nadzieję, że byłem grzeczny wystarczająco, by zasłużyć na prezent, a nie na rózgę

Niespokojne wigilijne wyczekiwanie, naprędce dogryziony karp, i… Jest! Całe szczęście z Ameryki przyszło tylko plastikowe pudełko bez blaszanych puszek, a w nim kupa papierów i on sam, na plastikowej podstawce! Pierwsze wrażenie: super! Prezentuje się zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach, które nie są w stanie oddać niuansów jego budowy. Zakładam na rękę - pasuje jak ulał! No i o to przecież chodziło. Na tarczy, a raczej ekranie nic się nie dzieje: godzina, data, tryb czasu i to wszystko. I tak miało być. Żadnych kreseczek, kółeczek i tym podobnych detali przyciągających niepotrzebnie wzrok. Po prostu czarny, nierzucający się w oczy zegarek. Ustawiłem czas i tak już został na ręce.
Ale ale… Miał być taki super wygodny, a tu cały czas czuję, że coś mam na nadgarstku. Zegarek niby lekki - chociaż jego wagę wyraźnie da się odczuć, ale coś jest nie tak. Nadgarstek ciągle sygnalizuje, że coś na nim siedzi. Niefajne uczucie: coś gniecie, coś świeżbi, po prostu strefa komfortu, do której przyzwyczaiłem się nosząc Mako na jego ciężkiej, ale przewygodnej bransolecie, nagle się zacieśniła. - Oj nie jesteś taki wygodny - pomyślałem. - Coś trzeba będzie z tobą zrobić.



Pierwszy krok - odpuściłem jedną dziurkę w pasku. Nadgarstek podziękował natychmiast. Ale zegarek przestał układać się na nim naturalnie: duże odstępy między ręką a zegarkiem wyglądały nienaturalnie, a zegarek haczył o rękawy i przesuwal się na ręku. Kolejna gorączkowa decyzja: zmienić pasek. Na bransoletę albo na Nato. - Ale hola hola, nie dlatego kupowałem go “po taniości”, żeby w niego teraz inwestować. Najpierw popróbujemy z tym, co jest. - Jak pomyślałem, tak zrobiłem i za pomocą żyletki i pilniczków powiększyłem dziurkę numer sześć o półtora długości. Założyłem zegarek z powrotem na rękę i… To jest to! W końcu przestałem zauważać, że mam coś na ręku. Jeszcze tylko szybko ustawiłem cogodzinny sygnał i mogłem przejść do rozpakowywania kolejnych prezentów.



Po kilku dniach przyszedł czas na pierwsze analizy. oto co mi z tego wyszło:
- To bardzo fajny, lekki i wygodny zegar, ale pasek to jest do kitu. Niby w miarę miękki, ale ciężko ułożyć go na nadgarstku. Zdecydowanie sztywniejszy pasek od G-3010 otula nadgarstek idealnie. No ale sam G-3010 jest potężny w porównaniu do DW-5600. Nawet pasek od AQF-100 jest wygodniejszy, może przez to, że węższy.
- Świetny moduł. Nie ciągnie do ciągłego przełączania między funkcjami. po prostu działa i już. Taki F91W w fajniejszej skorupce.
- Apropo skorupki - z zewnątrz również prezentuje się fajnie: nie razi w oczy kilkunastoma kolorami na ekranie. Nie jest tak stonowany jak GW-5000, ale również nie przytłacza napisami z instrukcją obsługi i opisem ekranu.
- Godzinę basenowego intensywnego pływania znosi bez wysiłku i bez śladu pary pod szybką. Tego się co prawda spodziewałem, bo mój 100-metrowy AQF także daje radę bez problemu, a ma już pieć lat, ale po akcji z Mudmanami wszystkiego można było oczekiwać.
- Jak na razie jestem pan zadowolony i czuję, że kilka moich automatów złapie kurz na dłuższą chwilę.



DW-5600 od czasu zakupu jest moim zegarkiem codziennym. Od tej pory nie zastanawiam się co mam na nadgarstku kiedy zmywam naczynia, grzebię przy samochodzie, biegam, pływam czy zakładam koszulę do pracy. Zegarek w każdej z tych aranżacji odnajduje się znakomicie, a w pracy pozwala skupić się mi na zadaniu, a innym kontaktującym się ze mną na sprawie, którą mamy załatwić, a nie na tym co mam na nadgarstku i za ile. Jest lekki, wytrzymały, można go szybko umyć, a nawet niskim kosztem odnowić wymieniając bezel czy pasek. Wymiana baterii przy odrobinie wprawy również nie powinna nikomu sprawić problemu, a czy szczelność po wymianie będzie 200, czy "tylko" 100 metrów? No cóż... Zawsze można poświęcić 50 dolarów i kupić sobie nowy DW-5600 zamiast serwisować starego

Czy mógłbym mieć jeden zegarek? Myślę że tak. Zanim zapadłem na "chorobę zegarkową" zawsze miałem tylko jeden zegarek czy do do sportu, garnituru, czy zwykłych dżinów i koszulek i był to zegar o zdecydowanie gorszej prezencji niż DW-5600.
Czy byłby to wtedy DW-5600? Nie wiem. Analizując czas, który ostatnio spędza u mnie na nadgarstku (wygrywając zdecydowanie z innymi moimi zegarkami) mógłby to być zegarek o tym kształcie i tej wygodzie noszenia. Czasem zastanawiam się nad stalową kopertą, ale co założę ją na nadgarstek do przymiarki, to wydaje mi się za ciężki i zaczynam zwracać uwagę na nadgarstek. W tej formie natomiast zapominam, że mam jakikolwiek zegarek na ręce. Przypominam sobie o nim tylko w chwili, gdy chcę z niego skorzystać. Nie zastanawiam się już natomiast nad baterią ładowaną słońcem i synchronizacją radiową. Moim zdaniem to zwykły bulshit za kupę kasy.
Patrząc wstecz na kilka miesięcy codziennego użytkowania tego taniego japońskiego produktu nie dziwię się że jest on popularny wśród ludzi jak kiedyś były PRS-y od Smiths-a, CWC, stare Rolexy jeszcze z czasów, kiedy były tanie, czy nawet Wostoki i Poljoty zza wschodniej granicy.
One były dla ludzi, a nie ludzie dla nich. I taki też jest Casio G-Shock DW-5600: prosty, tani i po prostu dla ludzi.

Mako - okiem użytkownika zamiast recenzji

Recenzji Mako, czyli popularnego Orienta CEM65, jest w sieci polskiej i zagranicznej bez liku. Postanowiłem więc nie pisać kolejnej opiewającej jego piękno i podobność lub niepodobność do różnych droższych modeli, a skupić się na tym, co mi się w nim podoba, a co pasuje tak nie do samego końca.
 

Otóż...
 

PODOBA MI SIĘ:
- to, że jest ładnym, dobrze wykonanym dużym zegarem. Mam wersję niebieską, która na gumowym pasku prezentuje się naprawdę super. Nawet na tak mizernym nadgarstku jak mój: 16,5 centymetra. Zapinam na ostatnią fabryczną dziurkę i dzięki temu końcówka trochę odstaje, ale nawet to mi w "overalu" nie przeszkadza.
- to, że wprost z pudełka jest niesamowicie dokładny. Czytałem o tym na różnych zachodnich i krajowych forach, że CeEMy65 tak mają, ale za bardzo w to nie wierzyłem, szczególnie że mój "trzygwiazdkowy generał" opisany tutaj leci sobie średnio 15 sekund na dobę do przodu, nie zwalniając nawet szczególnie leżąc w nocy koronką do góry. a tu prosz.... 18 sekund do tyłu w przeciągu miesiąca. Rewelka!
- to, że nie boję się w nim zmywać, pływać i dłubać przy samochodzie i jeździć bez stresu na rowerze. Chociaż z tym dłubaniem i rowerem to nie do końca - napisałem o tym w części przeciwnej.
- to, że ma grawer na koronce. mała rzecz a cieszy.
- to, że jest wykonany starannie, bez żadnych (oj - patrz stronę przeciwną), no może prawie żadnych uchybień.
- to, że jest ładniejszy od CeEMa75 i nowego CeEMa65 "Ray-a" - choć to zapewne kwestia gustu.
- to, że profil koperty jest tak wykonany, że świetnie układa się na nadgarstku.

No cóż, jak widać podoba mi się dużo. A co...
...MI SIĘ NIE PODOBA???
- to, że nie jest to diver. Ooops... Wygadałem się? Pewnie wszyscy to wiedzą, ale Mako to nie DIVER's 200M, tylko "tylko" WR 200M. Czyli nurkujemy w kombinezonie na własną odpowiedzialność i cioramy jak G-Shocka też na własną odpowiedzialność (patrz opisywaną w zaletach grzebaninę przy samochodzie i jazdę na rowerze). Co więcej - nie wiadomo czy nam na stare lata "Makoszek" nie zardzewieje, bo nigdzie nie znalazłem informacji, że to stal 316. Wskazówka sekundnika bez lumy dopełnia niespełnienia normy ISO6425. Ciekaw jestem, czy to tylko takie widzimisię Orienta, który nie chce podnosić ceny zegarka kosztownymi testami, czy mój zegarek po roku przebywania w saunie padnie na serce. Jeżeli nie padnie - długo nie zejdzie z mojego nadgarstka (patrz zalety). Jeżeli padnie - ups... Monster ani SKX007 mi nie podchodzi. Czyli znowu będzie trochę frajdy z szukania nowego modelu
- to, że ma drugą koronkę. Bez niej byłby zdecydowanie zgrabniejszy. Wystarczy przesłonić sobie ją palcem i widzimy... zupełnie inny zegarek . pewnie tu częściowo też jest pogrzebany pies z "diverowskim" ISO.
- to, że jest taki bałagan z czcionkami na tarczy. nie jest to co prawda to samo, co w diverach marki Invicta, gdzie na tarczy możemy znaleźć całego "Pana Tadeusza", ale jakaś stabilizacja czcionek by się przydała.
- to, że nie ma ładnego grawera na deklu. Niby nie noszę zegarka deklem do góry, ale lubię "napawać się" jego widokiem od czasu do czasu i mi to przeszkadza. No przecież może, no nie?
- to, że wachnik z biegiem czasu działa coraz głośniej. Chyba że ja się wyczulam.


Miałem napisać po roku użytkowania, ale... Każdy czas jest dobry, żeby trochę poszpamić

Mako - nadal mi się podoba. Używam go naprzemiennie z innymi zegarkami, ale w tym dziewięciomiesięcznym czasie, od kiedy go mam, udało mu się zatrzymać... Tylko raz

Na zewnątrz: Szkła porysować się nie udało. Ale ja raczej nie rysuję nawet plexi, więcz w przypadku "minerału" to nie było takie trudne. Głośność chodu - dopuszczalna. Jak nie przyłożę do ucha, to wahnika nie słyszę. Cykanie - cichutkie (pewnie przez tę grubą blachę z burty po japońskim okręcie wojennym )
Koperta - rysuje się, owszem, ale tragedii nie ma. Po dziesięciu latach nie będzie może wyglądał jak nowy, ale rysy nadadzą mu zadzioru jak w rasowych diverach Seiko. Najbardziej rysuje się część najmniej moim zdaniem na warunki zewnętrzne wystawiona, czyli dekliel.
Bezelek - rozkręcił się na dobre. Chodzi lekko i precyzyjnie, aczkolwiek z minimalnym luzem po orbicie. Czasami zdarza mu się zaciąć, ale wystarczy użyć większej siły i działa ponownie wyśmienicie
Pasek: jak to gumowy pasek. Złapał kilka szram. Poza tym nie widać uszczerbków na zdrowiu.

Wewnątrz:
Nie otwierany. Dokładność przez ten czas się nieco zmieniła. O ile w początkowym okresie późnił się o około 2 sec na dobę, tak teraz spieszy się... Również o 2 sekundy na dobę. Czyli można powiedzieć, że jest stabilny do bólu
Overal:
JestPanBardzoZadowolony



 

Proszę proszę, jak ten czas leci

Po dwóch latach dopiszę do tematu parę zdań dla potomnych:
Nadal jest jeden z dwóch ulubionych moich zegarków. Drugim jest od niedawna prosty i tani Kazik DW5600E, ale ten ma u mnie osobny temat, więc jak przyjdzie czas, to wspomnę go tam gdzie należy.

Mako to imo idealne EDC. Jest tani (bo EDC powinno być tanie, żeby nie szkoda było go maltretować), dobrze zbudowany, wygodny (teraz od roku noszę go już na bransolecie, a nie na gumie), odporny i ciekawy z wyglądu. Jego legendarna dokładność (2 sekundy na dobę) po roku użytkowania pogorszyła się nieco, być może pod wpływem wstrząsów lub jakiegoś uderzenia, ale niewiele: teraz leżąc na plecach spieszy się dzień w dzień dziesięć sekund. Gdy leży koronką do góry, różnica zmniejsza się do sekund pięciu, więc całkiem tolerancyjnie.

Zegarek nie był w tym czasie oszczędzany: łowił ryby, jeździł na rowerze, ciorał w terenie, pływał, biegał na pociąg i uderzał o futryny i inne ściany. Efekt?
Koperta złapała kilka rys, bezel - a raczej jego wkładka - również. Szkło bez skaz. Raz na jakieś trzy miesiące muszę przygiąć maskownice, żeby nie klekotały, ale na to też juz mam sposób: rozwiercę bransoletę do wielkości grubych teleskopów i powinno być okej.
Sama bransoleta jest bardzo wygodna. Na początku klekotało zapinanie, ale przypadkiem kiedyś przydepnąłem je nogą wstając z łóżka i troszkę się wygięło. Od tej pory nie klekocze

Czy chciałbym go na coś zamienić?
Chyba nie... Myślałem kiedyś o Seiko SKX007, ale z tego co byłem w stanie zaobserwować, to jest gorzej spasowany, mniej dokładny out of box i dużo droższy. Nie chcę więc zamienić siekierki na kijek dopłacając za napis DIVER'S, ciut mocniejszą lumę i legendarność.
Mako jest just OK!




Minęło już... Trzy lata.

Tak, tak! Trzy lata z Mako pod jednym dachem. Dużo? Wydawałoby się, że nie, bo przecież kiedyś miałem "jeden zegarek na całe życie", ale od pewnego razu zmieniło się to drastycznie i zegarków mam "trochę" więcej. Jak w tej grupce prezentuje się znany i lubiany wśród kolekcjonerów z tzw. mniejszym portfelem Orient Mako?

Otóż, proszę Szanownego Państwa, świetnie :)

Pomimo tego, że musi walczyć z innymi zegarkami o miejsce na moim nadgarstku, to cały czas wygrywa zdecydowanie. Z pobieżnych moich szacunków wynika, że na moim nadgarstku spędza ok... 80 procent czasu! Około 19% dzielą między sobą Casio DW-5600 i PZL P.24, a pozostałe - około 1 procent. Szacunki są z przymrużeniem oka oczywiście, ale prawda jest taka, że Mako to moje EDC. I żeby inny zegarek mógł spędzać więcej czasu na nadgarstku, musiałbym go sprzedać (co jest praktycznie niemożliwe), zepsuć (raczej niemożliwe, bo to niezniszczalna konstrukcja) albo zgubić (no to już bardziej możliwe, bo teleskopy do bransolety są cienkie jak żyletka znanej polskiej marki).

Na marketing szwajcarski jestem odporny, więc jedynym zegarkiem, na który mógłbym go zamienić, jest SKX007 od Seiko, ale na zdjęciach nie przekonuje mnie. Musiałbym zamienić się z kimś na jakiś tydzień dwa i wtedy zdecydować, czy to jest jakakolwiek konkurencja dla Mako pomijając pomarańczowy napis Diver's na tarczy SKX-a.

Jak na razie Mako ma u mnie dożywocie, a jak się prezentuje po trzech latach wytężonej pracy, pokazują zdjęcia poniżej: